niedziela, 23 września 2012

Z deszczu pod rynnę

Auć. To bolało.

Bolało? Co ja wygaduję. Przed chwilą staranowała mnie ciężarówka. Praktycznie rzecz biorąc nie żyję. Pocieszająca perspektywa, przynajmniej już nic więcej mnie nie zmiażdży, kopnie, uderzy, zaboli, zrani i tak dalej. Nareszcie nastała pora na relaksującą drzemkę w niebycie. Bez wrzaskliwych Gizmów i upierdliwych Gwiazdek. Luksus... ^ ^

W tym momencie przez otaczającą mnie niczym kokon, błogosławioną biel przebił się czyjś głos:

- Nic ci nie jest?

Co za palant, przemknęło mi przez myśl. Ja tu konam, a ten się jeszcze pyta czy wszystko ze mną w porządku.
- Ne przejmuj się - burknęłam, nadal z zamkniętymi oczami. - Zaraz się przekręcę i wsadzą cię do paki. Nawet sobie nie wyobrażasz, jakie to przyjemnie miejsce. Darmowe wyżywienie na miejscu, kołderka gratis i tak dalej. Żyć nie umierać... Oczywiście, pod warunkiem, że ktoś w ciebie nie pieprznie ciężarówką.

Uświadomiłam sobie,że za dużo gadam, jak na trupa. Mocniej zacisnęłam powieki i spokojnie czekałam na odcięcie świadomości. Biała wato, powracaj...
Ale nic takiego się nie wydarzyło. Odnotowałam z irytacją, że zamiast tego wraca mi władza w nogach i czuję pod kolanami twarde płyty chodnika. No dalej, ile jeszcze będę umierać, pomyślałam ze złością.

- Okej, rozumiem, że wszystko cię boli, ale mogłabyś już wstać, ludzie się gapią - odezwał się ten sam głos co wcześniej.

- Człowieku, ja tu umieram, więc się odwal - odcięłam się, intensywnie wyobrażając sobie śmierć. W tej wizji było coś kojącego, przynoszącego ulgę, coś, co w głębi serca wydawało m się najwyższą łaską, jaka może na mnie spłynąć.
Ej, no zaraz. To się powoli robi dziwne, pomyślałam z niepokojem. A kto histeryzował przed Jedwabkiem? Jestem osobą lękającą się śmierci. I na pewno nie umrę w taki pospolity sposób!
Z oburzeniem otworzyłam oczy i wstałam. Zachwiałam się lekko, czując przenikliwy ból w całym ciele, i dostrzegłam przed sobą blondyna opierającego się o rower wyglądający jak po zderzeniu z pancernym czołgiem. Chłopak miał zielone oczy i irytujący, pewny siebie uśmieszek. Kiedy przyjrzałam mu się uważniej, dostrzegłam w jego spojrzeniu coś dziwnego, jakby zasnuwającą oczy mgiełkę bólu, a może samotności, sama nie wiem. Jednak zanim zdążyłam dokładniej to przeanalizować, zjawisko zniknęło. A chłopak przeniósł wzrok z nieokreślonej przestrzeni w oddali na mnie.
- No nareszcie wstałaś - rzucił z rozbawieniem. - Już myślałem, że twoja niezwykle silna wola życia sprawi, że faktycznie umrzesz.
- Nie bądź taki mądry - prychnęłam. - A tak na marginesie, po potrąceniu przez ciężarówkę chyba każdy oczekiwałby, że zginie w ciągu kilku sekund.
Jego źrenice rozszerzyły się w zdumieniu.
- Ciężarówkę? - powtórzył powoli. - Niby kiedy?
Teraz to mnie wkurzył.
- Przed chwilą!- wybuchnęłam - Wielkie dziesięciotonowe monstrum przewałkowało mnie wzdłuż skrzyżowania, a ty się jeszcze pytasz, jaka ciężarówka !!! Może mam ci podać numer rejestracyjny !?!?!?!?

- Eee, to nie o to chodzi - chłopak zamachał rękami przed twarzą w geście panicznej obrony przed moimi SŁUSZNYMI oskarżeniami. - Ja cię tylko trąciłem rowerem...

Na chwilę zabrakło mi komentarza.

Chwila ciągnęła się dalej.

W pewnym momencie dotarło do mnie,że stoję w totalnym bezruchu i gapię się na blondyna wytrzeszczonymi oczami. Szybko zrobiłam krok do tyłu i odetchnęłam nerwowo.
- Możesz powtórzyć?

Chłopak westchnął ciężko.
- Nie rozjechał cię żaden samochód. Jechałem sobie spokojnie rowerem, kiedy nagle nadleciałaś od strony skrzyżowania i jak jakaś wariatka rzuciłaś mi się prosto pod koła. Błotnik mi się wygiął - dodał z pretensją w głosie.
- Aha. - powiedziałam cicho. A więc jednak zdążyłam uskoczyć przed ciężarówką. Co więcej, skok udał mi się tak wyśmienicie, że szczęśliwie skończyłam go pod kołami roweru na pobliskim chodniku. Pisałam już coś o moim niesamowitym farcie.
- No dobra - mruknęłam, rozcierając siniaki. - To ja będę powoli spadać - mój wzrok powędrował ku klapie prowadzącej do kanalizacji. Dochodziły stamtąd odgłosy miarowych uderzeń. Coś a la... Cyborg.
Odwróciłam się na pięcie i uniosłam stopę do pierwszego kroku, ale nagle poczułam silny uścisk na nadgarstku. To blond włosy cham złapał mnie za rękę.
- Czego chcesz? - warknęłam, nie odrywając wzroku od klapy, która zaczęła się lekko wybrzuszać.
- Uszkodziłaś mi rower - odpowiedział, wyraźnie urażony.
 - I tak, sądząc po wyglądzie, nadawał się tylko na śmietnik.
 Chłopakowi zabrakło odpowiedzi na takie bluźnierstwo.
Usiłowałam skorzystać z okazji i wziąć nogi za pas, ale trzymał mnie mocno.
- Zapłacisz za naprawę - wycedził, nie patrząc mi w oczy.
- Chciałbyś - syknęłam, próbując się wyrwać.
- Mówię poważnie. Nawet nie wiesz, ile kosztował ten rower.
 - Faktycznie, nie wiem. Nie interesują mnie ceny produktów z trzeciej ręki. Puszczaj!
W tej samej chwili usłyszałam głośny wystrzał. Pokrywa poszybowała w górę, a z dziury prowadzącej do podziemi wynurzyli się pokryci szlamem Tytani. Cyborg złapał klapę, zanim, spadając, rozbiła czyjąś karoserię, a potem wykonał entuzjastyczne "booya!". Raven wyplątywała z włosów coś,co wyglądało na resztkę mojego buta (nie pytam, jak to się tam znalazło), a Gwiazdka podtrzymywała osłabionego Bestię. Robin wyjął miotacz harpunów, precyzyjnie wycelował i jednym strzałem owinął mnie linką zakończoną metalową kotwiczką. Nie zdążyłam nawet zrobić uniku. Potem podszedł do cały czas trzymającego moją rękę chłopaka (nawiasem mówiąc, koleś miał ciekawą minę na twarzy), uścisnął jego dłoń i powiedział:
- Dziękujemy za pomoc. Jesteśmy ci wdzięczni.

Mój wzrok padł na sześcian Raven z uwięzioną tam Joy. Wyraz twarzy Japonki mówił sam za siebie.
"Piękna akcja, kochana. Obie dałyśmy pokazać, na co nas stać."

Ciekawa jestem, jak wybrniemy z tego pasztetu? Szczerze mówiąc, wolałabym, żeby to była ciężarówka. Przynajmniej mogłabym w spokoju się zombifikować, zamiast dręczyć się z kolejnymi problemami. Ale trudno, takie jest życie.


***

Posłuchajcie mnie uważnie. Jeśli następna notka będzie za dwa miesiące, zabijcie mnie. Chcę dodać najpóźniej za 2 tygodnie. A jak mi się nie uda, to zetnijcie mnie złotym bułatem.

Dedykacja dla For, Insy i Stelli.

czwartek, 21 czerwca 2012

Reaktywacja po okresie buntu - czyli ciąg dalszy wreszcie nastąpił!

Od czego by tu zacząć... Może na początek przeproszę wszystkich, którzy czekali na dalszy ciąg oraz tych, których notek jeszcze nie przeczytałam (obiecuję, że w końcu się do nich dokopię) ale przez ostatni miesiąc miałam okres... Niemocy. I nie chodzi mi bynajmniej o brak weny na kontynuację historii, tylko o mały, nazwijmy to, bunt.
Przez jakiś czas skakałam od jednej notki do drugiej, pisałam dwa posty tygodniowo i próbowałam nadążać za każdym newsem na serwisie. Aż w końcu wkurzyłam się i przestałam tam zaglądać. Nie dlatego, że mi się  znudziło -  broń Boże, po prostu miałam nieciekawą sytuację w szkole i  musiałam zrobić sobie przerwę na kilka dni. A ta przerwa potrwała miesiąc... >.<
Ale teraz POWRACAM! Może nie od razu nadążę za wszystkimi notkami (Star, Huntress, Rachel i pozostali pewnie już naprodukowali tego setki - i bardzo dobrze, będzie co czytać w wakacje :D) ale w miarę możliwości spróbuję się tym zająć... A na razie proszę o... niski poziom wkurzenia (na mnie rzecz jasna) i o dalsze czytanie przygód Jinx! Patrz poniżej ;)

~~~~~~

Obserwowałam walczącą Joy zastanawiając się, na jak długo starczy jej sił. Była mocna, to fakt, ale jej wytrzymałość musi mieć jakieś granice. Tytani wyraźnie wymiękali, chociaż nie dawali tego po sobie poznać. Atakowali według utartego od pewnego czasu schematu: najpierw Robin posyłał w kierunku zabójczyni kilka latających krążków, później Cyborg i Gwiazdka ostrzeliwali ją pociskami. Kiedy Joy cofała się, by uniknąć ognia, wpadała prosto w goryle ramiona Bestii, który unieruchamiał ją na moment, by Raven zdążyła zamknąć ją w czarnej pułapce.
Taktyka wydawała się skuteczna, ale w praktyce wcale tak nie było.  Joy zawsze znajdywała sposób na uniknięcie schwytania, a to wymykając się Bestii, a to znienacka wyskakując w górę, ponad Tytanów, i lądując po drugiej stronie strumienia ścieków, który płynął przez sam środek kanału.
Tytani jednak, niczym nie zrażeni, dalej kontynuowali grę w kotka i myszkę, aż do kolejnej ucieczki Joy.
Zabawa trwała już od dłuższego czasu. Joy zaczynała tracić oddech, Raven cierpiała z powodu rany, której nie miała czasu magicznie zasklepić, a pozostali powoli wypadali z tempa. Joy nie prezentowała się lepiej - jej twarz pokrywały liczne zadrapania, a lewą rękę wyginała pod dziwnym kątem. Było oczywistym, że długo nie wytrzyma.
Problem polegał na tym, że ze mnie pomocy nie miałaby żadnej. Ledwo trzymałam się na nogach, a o moich obrażeniach przypominało mi nadpalone ubranie. Oparzenia piekły nieznośnie, a mnie aż mdliło z bólu.
W tej chwili Tytani zmienili taktykę. Joy właśnie robiła przewrót w powietrzu, oczekując złapania przez Bestię, kiedy nagle Cyborg wypalił z działka prosto w nią. Przerażona Japonka nie mogła nic zrobić - spróbujcie zmienić kierunek lotu, będąc w trakcie skoku. Błękitny promień trafił ją prosto w głowę.
- JOOOY! - wrzasnęłam, po czym natychmiast zatkałam sobie usta. Świetnie. Wcześniej pozostawałam w cieniu, obolała, ale przez nikogo nie zauważana. Po kiego diabła się demaskuję?
Włosy dziewczyny stanęły dęba, a ona sama, jakby w zwolnionym tempie, zaczęła osuwać się na ziemię.
Bestia rozwarł ramiona, wydając triumfalny ryk (jako małpa, oczywiście). Uprzedziła go Raven. Jednym gestem rozwarła nad kończącą lot Joy ramiona czarnej klatki i zamknęła ją w przezroczystym, magicznym sześcianie. Byłam bezradna -  wszystko wydarzyło się w ciągu góra dwóch sekund i nie miałam czasu na jakąkolwiek reakcję. Chwilę stałam, jak sparaliżowana, zastanawiając się, co robić. Z otępienia wyrwało mnie pytanie Gwiazdki:
- Gdzie jest Jinx?
Szybko podjęłam decyzję. Zsunęłam z nóg buty, żeby nie narobić hałasu, po czym jednym celnym rzutem posłałam je daleko przed siebie, w kierunku rzeki toksyn. Rozległ się głośny plusk, po którym nastąpiło syczenie i bulgotanie przypominające dźwięk, jaki wydaje tabletka wapna rozpuszczana w szklance ciepłej wody. Ścieki zaczęły się pienić, trawiąc moje buty i wciągając je pod wodę. Tytani wzdrygnęli się i podeszli bliżej, próbując zrozumieć, co się dzieje. Tym samym oddalili się ode mnie.
W samych kolanówkach, puściłam się biegiem w przeciwnym kierunku, modląc się, by Tytani jeszcze długo rozwiązywali sprawę rozpuszczającego się obuwia. Stąpałam bezszelestnie, więc miałam nadzieję, że nie wpadną na mój trop, a jeśli nawet, to zrobią to za późno.
Korytarz nie miał końca, a przynajmniej tak mi się wydawało, gdy pędziłam nim na bosaka, zadyszana. Moje wyczerpanie sięgnęło zenitu, a przed oczami zaczęły mi fruwać kolorowe plamy. W oddali zamajaczyło coś na kształt drabinki... Wtedy usłyszałam za sobą kroki. Cholera, gonią mnie, przemknęło mi przez myśl, ale nie byłam w stanie przyspieszyć. Na szczęście byli jeszcze daleko. Na wszelki wypadek strzeliłam za siebie najsilniejszym piorunem energii, na jakiego było mnie stać. To był błąd - raptownie obraz zamglił mi się przed oczami i ściany zaczęły kiwać się na lewo i prawo... nagle dotarło do mnie, że leżę na ziemi, gapiąc się w brudne sklepienie kanału. Zerwałam się, zataczając jak pijana mucha*, po czym ruszyłam w kierunku drabinki, zaciskając zęby, żeby nie stracić równowagi. To może brzmi dziwnie, ale miałam wrażenie, że gdy się skoncentruję, uda mi się zapanować nad drżącymi kolanami i przymulonym zmysłem równowagi. O ile, oczywiście, istnieje coś takiego.
Dopadłam drabinki, słysząc za sobą biegnących Tytanów. Szybko wpięłam się po zardzewiałych szczeblach, z których jeden, ukruszony, została mi w dłoni, po czym, jakimś cudem nie spadłszy, pchnęłam klapę studzienki kanalizacyjnej i znalazłam się na powierzchni. zatrzasnęłam klapę za sobą i, zdobywając się na ostatni wysiłek, nadtopiłam jej krawędzie, unieruchamiając ją na dobre. Przyspawana klapa na dobre zatrzyma nadpobudliwych herosów. Wątpię, żeby tędy się przedostali, więc prawdopodobnie będą musieli zawrócić do innego wyjścia z kanału.
Odwróciłam się i zdałam sobie sprawę, że stoję na samym środku skrzyżowania.
W następnej sekundzie zobaczyłam samochód pędzący prosto w moim kierunku.
Nie zdążyłam zrobić nic poza rozpaczliwym  rzuceniem się w prawo, w kierunku chodnika. Chwilę później poczułam miażdżące cios w lewy bok, a potem uderzyłam całym ciałem o asfalt.

Nie ma to jak chrzanione szczęście w życiu, co nie?

______________
Ha ha! Jak ja kocham dręczyć bohaterów ♥

Ale nie wkurzajcie się, Jinxi wyjdzie z tego cało. Bo okaże się, że...

Nie powiem! Zabiłabym siebie za taki spoiler ;)
Dedykacja dla wszystkich, którzy to czytają - za to, że powrócili na mojego bloga, mimo mojego miesięcznego strajku. Piszę to dla was!

Next niebawem... I oczekujcie komentarzy pod waszymi nowymi notkami :*** Pa!

(sorki za nadmiar emotikonów, ale dzisiaj jestem pokemonem)!


Japoński Szajbus

wtorek, 1 maja 2012

Kanalizacja i posiłki (tak, apetyczny duet)

Nie pamiętam, ile skrzyżowań minęłam, uciekając w popłochu przed Tytanami, ale w końcu wylądowałam w wyjątkowo cuchnącym miejscu, gdzie żrące ścieki podchodziły mi prawie pod same stopy. Musiałam uważać, żeby się nie poślizgnąć i nie wpaść do wody, bo obawiam się, że to byłby mój koniec. W najlepszym wypadku wyszłabym z tego z połową twarzy, podczas gdy drugą przeżarłyby toksyny. Brrr, musiałabym zafundować sobie maskę à la Slade, a tego bym nie przeżyła.
Moje wywody przerwało drastyczne zderzenie ze ścianą, której przed chwilą tam jeszcze nie było.  Z bliska okazała się gładka, wibrująca i... czarna.
Raven.
Odskoczyłam gwałtownie w tył, by nie dać się nabrać drugi raz na ten sam numer (patrz post>> Zgubna wycieczka). Macki pola siłowego Krukowatej zacisnęły się w miejscu, gdzie stałam jeszcze przed sekundą. Przekoziołkowałam pomiędzy pociskami Gwiazdki, która ukazała się za zakrętem korytarza i popędziłam przed siebie, trzymając się z dala od ścieków. Z przodu majaczył niewyraźny, czarny prostokąt, który stopniowo przemienił się w wylot prowadzący do następnego pomieszczenia. Gdzieś w pobliżu powinno się znajdować wyjście na powierzchnię.
Przyspieszyłam, a wszystkie mięśnie moich nóg wrzasnęły z bólu. Zignorowałam błagania o litość, i, zacisnąwszy zęby,  wdepnęłam pedał gazu. O dziwo, spotkało się to z brakiem protestów ze strony obolałych nóg, uznałam więc, że mogę biec dalej ze zdwojoną prędkością.
Robin właśnie wylądował przede mną, wymachując kijaszkiem.
- STÓ...
Nim zdążył dokończyć, minęłam go w pędzie, aż załopotała za nim peleryna.
Wyraz jego twarzy był bezcenny*.
Nagle w tył głowy uderzyło mnie coś twardego. Świat zamigotał mi przed oczami i poczułam, że bezwładnie walę się do przodu. W ostatniej chwili nadludzkim wysiłkiem zmusiłam ciało do posłuszeństwa i stanęłam chwiejnie na szeroko rozstawionych nogach. Wokół moich dłoni błyskały pola energii. Mimo fatalnego samopoczucia, nie byłam skłonna się poddać, ba, postanowiłam sama przystąpić do ataku, nie bawiąc się certoleniem w taktykę obronną.
Pierwszy nadbiegł Bestia w postaci goryla, dzierżąc stertę kokosów. Jauć, już wiem, czym oberwałam. Wyminęłam pocisk, którym cisnął w kierunku mojej głowy i zwinnie przeskoczyłam nad nim. Zanim zielony zdążył się zorientować, przywaliłam mu potężnie w plecy. Goryl zatoczył się, rycząc, po czym powolnie obrócił się w moją stronę. Był jednak na tyle ociężały, że zdążyłam w międzyczasie znów zajść go od tyłu. Ze śmiechem uniosłam dłonie do kolejnego ciosu, lecz w tej samej chwili krzyknęłam z bólu, gdy pocisk Gwiazdki rozprysnął się na moich plecach. Skuliłam się w sobie, ale na szczęście w porę osłoniłam się przed strzałem Cyborga. Skoczyłam do tyłu, a gdy wywijałam salto, plecy przeszyła mi fala bólu. Upadłam ciężko na kolana, czując jak po kręgosłupie rozchodzi mi się mrowienie. Nade mną stał Robin. Gdy tylko nasze spojrzenia się spotkały, od niechcenia zamachnął się kijem i zaczął nim wywijać nad głową. Popisówa. Po chwili zwolnił obroty i cisnął tyczką w moim kierunku. Byłam sparaliżowana (wyraźnie wcześniej musiał mnie trafić w jakieś czułe miejsce) bo praktycznie nie byłam w  stanie się ruszyć. W ostatniej chwili przesunęłam się na bok, ledwo omijając lecącą broń, która odbiła się od ściany i wróciła do ręki chłopaka.
Moje szczęście nie trwało zbyt długo, bo z drugiej strony nadfrunęły zielone kule Gwiazdki. Czułam, jak jedna po drugiej rozbijają się o mój brzuch i nie mogłam nawet zrobić uniku. Nogi bolały mnie, jakbym biegła przez co najmniej 30 kilometrów, nie wspominając o całej reszcie. Byłam jedną wielką poobijaną kukłą i miałam ochotę zamknąć oczy i osunąć się w kuszącą ciemność. Jedyne, co mnie motywowało do dalszej walki, to chęć zaimponowania Joy i mój własny honor - honor szanującej się złodziejki. To mój towar i moje zlecenie. Nie pozwolę, by banda dzieciaków w kretyńskich strojach odebrała mi pieniądze i przyszłą sławę.
W tym momencie Cyborg przywalił mi z działka sonicznego. Nie zdążyłam odchylić się na czas i promień lasera posłał mnie na przeciwległą ścianę. Wyrżnęłam głową o mur i obsunęłam się na ziemię, szorując plecami o cegły. Czułam zapach spalonego ubrania i kiedy przyjrzałam się swojej sukience, zobaczyłam, że cały fragment materiału wokół pępka dosłownie spalił się. Jedyne, co zostało, to nadsmalone strzępki.
O, nie. Nie daruję gnojowi.
Z tą myślą wstałam, czując przypływ energii i narastającą wściekłość.
W tym momencie mentalny cios Raven z powrotem wbił mnie w ścianę. Siła pchnięcia wycisnęła mi powietrze z płuc. Chwilę oddychałam spazmatycznie, a Tytani zbliżyli się do mnie.
- Jinx, Jinx, Jinx... - mruknął Robin - Znów nasze ścieżki się krzyżują..
- Bez takich... tekstów, błagam - wychrypiałam. Nie znoszę takich gadek, są jak żywcem wzięte z sucharskiego komiksu o herosach.
- Mamy do ciebie pytanie: co takiego masz do ukrycia, żeby na sam nasz widok uciekać do kanalizacji? - zapytał Cyborg. Jeśli to miał być dowcip, to wyszedł naprawdę mizernie.
- Wasze buźki są tak obmierzłe, że wolę ich nie oglądać - ani w dzień, ani w nocy, ani wcale - skwitowałam. Nie była to tak ironiczna riposta, do jakiej byłam zdolna, ale uwierzcie, będąc na skraju omdlenia, w cuchnącej kanalizacji, otoczona wkurzonymi wrogami, nie byłam w stanie zdobyć się na nic więcej.
- Przejdźmy do rzeczy - wtrąciła się Gwiazdka - Oddawaj rubin!
- Rubin? - udawałam Greka - Jaki rubin?
Raven zmarszczyła brwi.
- Kłamiesz. Masz z tym coś wspólnego, tylko nie chcesz powiedzieć, co. Kryjesz kogoś?
- Ja? Skądże - zaśmiałam się nieszczerze. - Czy wyglądam na osobę, która coś ukrywa?
Za odpowiedź wystarczyło znaczące chrząknięcie Robina.
- Czekamy na rubin - wycedził Bestia, zmieniając się z goryla w zielone coś, którym był na co dzień. Nie powiem, wolałam go w poprzedniej postaci. przynajmniej miał inteligentny wyraz twarzy (czytaj: inteligentniejszy, ale nadal o IQ zaniżającym średnią Jump City ).
- Rubin... To taki niebieski kamyk, racja? - usiłowałam grać idiotkę, ale w obecnym stanie aktorką byłam marną.
- Ty już wiesz, jaki ma kolor - Gwiazdka uniosła zaciśnięte pięści, a jej oczy zamigotały złowrogo. - Jak nie oddasz po dobroci, skopiemy cię na kwaśne jabłko i dopiero wtedy go zabierzemy. Chyba odpowiada ci pierwsza opcja, mam rację? Przynajmniej wyjdziesz z tego w jednym kawałku, bezpiecznie zamkniętym w celi więziennej.
Ogarnęła mnie panika. Byłam przeraźliwie słaba i wiedziałam, że stoję na przegranej pozycji. Bądź co bądź, ich była  piątka, a ja tylko jedna... W dodatku głos w mojej głowie znów zaczynał złośliwe podszeptywanie. "Zrób to, zrób tamto. Nie, zrób siamto!" Mózg mi się od tego lasował i, z bólem muszę przyznać, że wahałam się nad oddaniem kamienia.
- Ma też trzecią opcję - rozległ się głos dochodzący z góry - Może dać nogę z towarem, uprzednio załatwiwszy was na cacy.
Nie musiałam podnosić wzroku, by rozpoznać osobę, która przybyła z odsieczą. za to na twarzy Tytanów dostrzegłam miłe mi zdumienie.
- Jak...C-co... Kto to? - wydusił Bestia, wytrzeszczając (wyłupiaste i tak) oczy.
- Joy-chan dla znajomych, Joy-sama dla nieznajomych, Joy-dono dla takich głupków jak ty! - warknęła, zeskakując z góry ze sztyletem w zębach.
Jeszcze nigdy nie widziałam, by ktoś tak szybko się poruszał. Joy dosłownie rozmazywała się pomiędzy kolejnymi ciosami, równocześnie zachowując harmonię ruchów i niemal kocią grację. Mimo to zauważyłam, że przewyższam ją jeśli chodzi o akrobatykę. Jej atutami były siła, szybkość i skuteczność. Moimi - dyskrecja, zwinność i styl.
Joy właśnie zakładała Robinowi tak skomplikowany chwyt, że nie nadążałam wzrokiem za tym, co robi. Robin kwiknął cicho, ale po chwili w usta brutalnie wepchnięto mu knebel. Gwiazdka (sanitariuszka z Tamaranu, chyba nigdy nie przestanę jej tak nazywać) rzuciła się na ratunek, ale Joy skoczyła na nią z dzikim błyskiem w oku i kompletem noży, tamta więc uskoczyła w bok, ciskając w Japonkę pociskami. Joy jęknęła, gdy kilka z nich trafiło ją w brzuch, nie pozostawiając jednak śladu na jej czarnym kimonie. Okręciła się za to w powietrzu i znokautowała Gwiazdkę szybkim, mocnym kopniakiem z półobrotu. Kosmitka przeleciała kilka metrów, po czym odzyskała równowagę i odsunęła się na bezpieczną odległość od szalejącej zabójczyni. Tymczasem Raven okazała się trudniejszym przeciwnikiem, ponieważ zamiast odsłaniać się w atakach, parowała wszystkie ciosy i izolowała się od wszelkich emocji, którymi z kolei żył styl walki Joy.
- HAIIIIIIIIYA! - wrzasnęła Joy, obracając się w morderczym tańcu i wbijając katanę w sam środek czarnej tarczy Raven, która rozprysnęła się magicznymi odłamkami, na ułamki sekundy odsłaniając Azarathkę przed wrogiem. Ten moment wykorzystała Japonka, rzucając się do przodu i raniąc bezbronną Raven sztyletem pod prawe żebro. dziewczyn a krzyknęła z bólu i jej oczy stały się czerwonymi ślepiami demona. Fala mrocznej energii uderzyła w oszołomioną Joy, która nie zdążyła we porę uniknąć ataku.
Dziewczyna wylądowała tuż koło mnie, szorując kolanami po śliskiej posadzce.
- Co to miało być!? - spytała oszołomiona - Co to za laska!?
- Raven. Mroczne moce i tak dalej. Aha, czyta też w myślach i ogólnie nadawałaby się na egzorcystę. No, o ile ktoś, kto sam jest demonem, może nim zostać. - mruknęłam.
Joy otworzyła szeroko oczy.
- Łał... - uśmiechnęła się - Coś takiego by mi się przydało........
A potem rzuciła się w wir walki.





















_____
* patrz wyraz twarzy Robina w Odcinku 257-494, kiedy przechodził przed kamerą. xD

środa, 18 kwietnia 2012

Egipski Rubin Nefretete

Egipski Rubin Nefretete. Czerwona błyskotka wystawiana w Muzeum Kamieni Szlachetnych na peryferiach Jump City.
Na miejsce dotarłam tuż po zmroku, by nie zwrócić uwagi potencjalnych świadków. Założyłam czarne rękawiczki i poprawiłam włosy, aby mieć pewność, że w krytycznym momencie nie zdekoncentruje mnie rozwalenie się fryzury. W kieszeni miałam komunikator, dzięki któremu po zakończeniu misji miałam wezwać Joy i umówić się z nią na bezpieczne przekazanie towaru.
Muzeum był już zamknięte, co było dość dziwne. Byłam święcie przekonana, iż jest otwarte do 20, a była dopiero 19. Dla pewności przyjrzałam się tabliczce przy wejściu i okazało się, że mam rację. Czemu więc bez uprzedzenia zamknięto wystawę? Nie wiedziałam i właściwie mało mnie to obchodziło.
Jak zwykle, na początku wspięłam się na dach. Wyjęłam zza pasa pomięty (bo używany) plan muzeum i dokładnie wymierzyłam, gdzie znajduje się cel. Potem, gdy uzyskałam stuprocentową pewność, zabrałam się do wypalania okrągłego otworu.
Podobnie jak przy włamaniu do szkoły, pozostawiłam zawias, za pomocą którego mogłam później zamaskować dziurę. Wsunęłam palce w szczeliny i gdy znalazłam punkt oparcia, z wysiłkiem dźwignęłam metalową płytę w górę. Przypominała sztywną, grubą dachówkę i była diabelnie ciężka. Myślałam, że ciężar powyrywa mi z dłoni palce, ale w końcu przewaliłam ją na bok i wejście do muzeum stanęło otworem.
Zsunęłam się głową w dół do ciemnej otchłani. Wydobyłam z kieszeni torebkę magicznego pyłu (ha ha, chodzi się do starych sklepów) i sypnęłam garść w dół.
W zetknięciu z proszkiem odcinek po odcinku ukazały się promienie systemu alarmowego. Czerwone pasma syczały złowrogo, ale cały szkopuł w tym, że nie rozległ się żaden alarm. Pył, w nieznany mi sposób, ujawnił promienie, dzięki czemu dokładnie widziałam czerwoną pajęczynę holograficznych pasem, którą musiałam pokonać.
Dokładnie pode mną droga była wolna. Dopiero przy samej podłodze przecinał ją wąski, czerwony laser. Rozluźniłam nogi i zsunęłam się głową w dół, w ostatniej chwili robiąc efektowny przewrót w tył i unikając zabójczego promienia. Stanęłam w rozkroku, a pomiędzy moimi nogami biegło czerwone pasmo. Przesunęłam wzrokiem po labiryncie rozciągającym się przede mną i lekko odbiłam się stopami od zimnej posadzki.
Przeskoczyłam kilka laserów, gnąc się w dziwnym tańcu, aby ich nie dotknąć. Dalej jednak czyhała ściana czerwieni, której nijak nie byłabym w stanie pokonać. W ostatniej chwili rzuciłam się w bok, z gracją podbiegłam w górę po ścianie i dosłownie prześlizgnęłam się nad siatką promieni, niczym zawodniczka skoku o tyczce nad poprzeczką. W locie oceniłam układ następnych pułapek. To się schyliłam, to przemknęłam, skulona pomiędzy pasmami. Aż w końcu odnalazłam ukryty rytm i od tej pory szło jak z płatka. Lewa ręka, prawa noga, schylić się, cofnąć stopę, odbić się od krawędzi ściany, salto, uwaga, rozkrok, lądowanie, przysiad, chwila wytchnienia. I gdy złapałam oddech taniec zaczynał się znów. Przemierzałam czerwony labirynt pajęczyn, igrając z ryzykiem dotknięcia którejś z nich. Stawka była wysoka, porażka oznaczała śmierć. No, może bez przesady, nie tyle śmierć, co aresztowanie, kompromitację i utratę zlecenia. A w końcu zamierzałam popisać się przed Joy swoimi umiejętnościami i pokazać, że nie jestem pierwszą lepszą ulicznicą i nawet japońska zabójczyni nie może się ze mną równać.
Przede mną wyłoniła się ostatnia fala laserów. Po czole spłynęła mi strużka potu.
Linie nachodziły na siebie tak ściśle, że nie mogłam znaleźć żadnej pustki, żadnej szczeliny, którą mogłabym się przecisnąć. Nagle uświadomiłam sobie, że lewą stopą prawie muskam promień lasera przechodzący nad podłogą, złapałam się więc ściany i wypaliłam w niej oparcie dla rąk. Dzięki temu podciągnęłam się wyżej, gdzie nic mi nie zagrażało.
Prawdziwa łamigłówka znajdowała się na końcu korytarza.
Minuty mijały, a ja nie mogłam znaleźć wyjścia z sytuacji. Co robić? Wycofać się? Spróbować przesmyknąć między promieniami?
Wiedziałam, że nie dam rady przesunąć między szczelinami nawet talii, a co dopiero głowy czy ramion. Wątpię, by ktokolwiek mógł to zrobić.
Nie, znałam takiego kogoś. Bumblebee z Akademii. Gdyby zmniejszyła się do postaci owada, bez problemu przeleciałaby prze siatkę. Albo Bestia - mógłby zmienić się, bo ja wiem, w jaszczurkę i przejść środkiem korytarza bez narażania się na wykrycie.
Ale nie byłam żadnym z nich, dlatego musiałam dać sobie radę po swojemu.
I w tym momencie dojrzałam małą przerwę przy suficie. Miała aż 40 centymetrów długości, ale zaledwie trzydzieści szerokości. Normalnie nie dałabym rady się tam wcisnąć, gdy jednak uwzględnić przestrzeń poniżej sufitu... Tylko czy dam radę tam doskoczyć?
Zebrałam się w sobie i odepchnęłam się nogami od ściany, wystrzeliwując prosto na czerwone promienie. Spanikowana, strzeliłam różowymi błyskawicami pionowo w dół i jakimś cudem odbiłam się nieco wyżej. Przerwa między sklepieniem a laserami pędziła prosto na mnie. nadeszła chwila prawdy. A wtedy zrobiłam chyba najlepszą ewolucję w moim życiu.
Kierowana instynktem, wsunęłam do "okienka" najpierw idealnie wyprostowaną lewą nogę, po czym w ułamku sekundy zrobiłam szpagat i odchyliłam górną część ciała tak daleko do tyłu, że znalazła się w linii prostej z prawą nogą. Dotknęłam głową łydki i uznałam, że to idiotyczne uczucie.
Wszystko to trwało może dwie sekundy. Chwilę później ciężko wylądowałam po drugiej stronie, cała, ale maksymalnie obolała.
- Cholera - mruknęłam, rozcierając prawą nogę, w której coś mi głośno przeskoczyło. Nie było rady, cel był tak blisko, że nawet kuśtykając, musiałam do niego dotrzeć.zacisnęłam zęby i siląc się na zachowanie ostrożności, ruszyłam dalej korytarzem, zostawiając za sobą zabójcze pole laserów.
Kilka metrów dalej wznosił się podest z rzędem gablot. Odnalazłam tę, za którą błyskał czerwony kamień oszlifowany w taki misterny sposób, że aż mi na jego widok pociekła ślinka. Musiałam naprawdę stanowczo przemówić sobie do rozsądku, by powstrzymać chciwość i dotrzymać danego Joy słowa. On tak pięknie wyglądałby na mojej szyi... Brr, nie. Nie wolno mi tak myśleć. Chociaż z drugiej strony...
Nagle moje czoło przeszył znajomy ból. Wstrząsnęło to mną, ponieważ od dobrych kilkunastu godzin implant w moim umyśle nie dawał znaku życia. Przycisnęłam czoło do chłodnej szyby i westchnęłam. Po kilku minutach ból minął bez śladu, jednak mi do reszty zepsuł się humor.
Mimo to, praca czekała. Postanowiłam zrobić to tak jak zwykle - wysunęłam rękę i wzywając moc, obrysowałam promieniem energii szybę w gablocie. Szkło pisnęło cicho, ale poza tym wszystko grało. Wciągnęłam rękę po kamień i w tym momencie rozległ się alarm.
Szlag. szlag, szlag, szlag.
Złapałam rubin i wsadziłam za pas, w pośpiechu tworząc magiczną iluzję kamienia i wyciętej szyby na wystawie. Wspięłam się po ścianie i potężnym strzałem wysadziłam w górę fragment sufitu. Nie bawiłam się w subtelność i dyskrecję, skoro sprawa się rypła.
Wyskoczyłam jak oparzona z budynku i pognałam przed siebie, czując się jak ścigany królik. na horyzoncie dojrzałam Tytanów, przyspieszyłam więc kroku i przy najbliższej sposobności zeskoczyłam z dachu na jakąś ciemną uliczkę. Dopadłam klapy i zmuszona do ostateczności, zsunęłam się do podziemi kanalizacji. Cuchnęło jak spleśniały ser i wszystko podeszło mi do gardła, ale czułam się fatalnie i nie mogłam sobie pozwolić na walkę. Na pewno bym przegrała i nie dość, że by mnie złapali, to jeszcze straciłabym towar. Co to, to nie. Żaden szanujący się szmugler nie spojrzałby mi w oczy po czymś takim.
Chwilę oddychałam spazmatycznie po długim biegu, po czym rozprostowawszy kości, wyjęłam komunikator.
Na ekraniku zamigotała twarz Joy.
- I jak, młoda? - rzuciła. Zmełłam przekleństwo na języku i wymownie przewróciłam oczami.
- Radzę sobie świetnie. Kamyczek już czeka.
- To dlaczego jeszcze cię tu nie ma? - spytała z lekką pretensją w głosie.
- Musiałam się przewietrzyć, to wszystko - wymamrotałam, rzucając pierwszą lepszą wymówkę jaka wpadła mi do głowy.
- W KANALIZACJI!?
 Małe faux pas.
- Moja sprawa - odparłam szybko. Świetnie, teraz uzna mnie za jeszcze większą wariatkę. Ja to mam talent.
Po odgłosach, jakie usłyszałam, wywnioskowałam, iż Joy dostała ataku kaszlu.
- Róbta co chceta - powiedziała po chwili, a w jej głosie wyraźnie zabrzmiał wschodni akcent. - Sayonara.
Rozłączyła się.
Westchnęłam ciężko i wspięłam się do wyjścia ze studzienki.
- Cześć - uśmiechnął się Robin.
Z przerażeniem zatrzasnęłam klapę, przytrzaskując mu palce. Puściłam się biegiem wzdłuż cuchnącego korytarza. Towarzyszyło mi bliskie echo ostrych przekleństw Robina i przerażony głos Gwiazdki.
- Młoda sanitariuszka z Tamaranu rusza z odsieczą - prychnęłam z ironią i przyspieszyłam kroku.

________________
To trochę dłuższe. dedykacja dla Rach, Star i Insanis <3 oraz Huntress, Kiry i Mii. Ach, For, jeśli to czytasz, to wiedz, że taniec z laserami jest własnie dla Ciebie.
Pozdrowionka ;) Niedługo nowa notka na TMPX. Trzymajcie się! :**

Ev(e)il

środa, 11 kwietnia 2012

Wspomnienie

Och, jestem pewna, że oczekiwaliście sceny jak z melodramatu. Że zaleję się łzami, osunę się na ziemię jak śpiąca królewna czy w najlepszym wypadku rzucę się Joy do gardła. Nic z tych rzeczy, byłby to strzał kulą w płot. Jednak żeby lepiej zrozumieć moją reakcję, muszę wam uświadomić coś o mojej rodzinie.
Nigdy nie darzyłam moich rodziców specjalnymi względami, właściwie nawet dobrze ich nie znałam. Kiedy miałam pięć lat zginęli "w wypadku". Ich śmierć mnie nie poruszyła, wydaje mi się nawet, że nikt mnie o niej nie powiadomił. Byłam wtedy rozpieszczonym dzieciakiem nie zwracającym uwagi na otoczenie. Rodzice pracowali w firmie i podejrzewam, iż nie prowadzili zbyt czystych interesów. A nawet jeśli, w końcu musieli nadepnąć komuś na odcisk. To ten ktoś prawdopodobnie wynajął moją japońską towarzyszkę. Wyeliminowanie z gry moich rodziców musiało być dziecinną igraszką dla kogoś takiego jak ona. Szast, prast, i po krzyku, a upozorowanie wypadku jest bardzo proste, jeśli wie się, jak się do tego zabrać. Podsumowując, oboje zginęli, a ja zostałam zaprowadzona do domu dziecka.
Był to jeden z lepszych okresów w moim życiu, i mniej więcej wtedy ujawniły się moje skłonności do dominowania nad rówieśnikami. Opiekunki miały ze mną masę kłopotów, a jednym z moich lepszych numerów było wysmarowanie pastą do butów Lizzy Berks i zawieszenie jej na żyrandolu. To były czasy...
Niestety, kiedy skończyłam siedem lat zaczął się przejmujący akt terroru - trafiłam do szkoły. Od początku całkiem nieźle radziłam sobie w nauce, ale za to byłam potwornie niezdyscyplinowana i leniwa. Potrafiłam doprowadzić nauczycielkę angielskiego do płaczu, a najlepsza zabawa zaczęła się wtedy, gdy odkryłam swoje moce. Nikt nie mógł mnie powstrzymać od zmuszania innych do spełniania moich zachcianek, a będąc w drugiej klasie budziłam strach wśród piątoklasistów. Rozbijałam się po całej szkole przez trzy lata, aż w końcu dyrekcja miała mnie serdecznie dość i postanowili mnie wywalić. I wtedy pojawił się on.
Brat Krwiak musiał obserwować mnie od dłuższego czasu, bo gdy przedstawił się dyrektorce jako mój wujek, okazało się, że wie o mnie praktycznie wszystko. Był miły, uprzejmy i miał ten dar przekonywania, który sprawia, że ludzie stają się ulegli jak baranki. Koniec końców zabrał mnie ze szkoły, podczas gdy ja nie miałam zielonego pojęcia, kim jest. Po drodze wszystko mi wyjaśnił, aż jego pochlebstwa przyniosły oczekiwany skutek - uwierzyłam, że jestem wyjątkową dziewczynką i mam zadatki na mistrza ciemnej gry.
I tak trafiłam do Akademii.
Wychodzi więc na to, że w moim życiu rodzice odegrali rolę zaledwie epizodyczną. Nie pamiętałam ich głosów ani imion. Byli mi tak odlegli, jak dawna wychowawczyni z początków nauczania, której twarz po kilku latach zaciera się w pamięci.
Joy stała z lodowatym uśmiechem zwyciężczyni, czekając na to, co uczynię.
Prychnęłam i wzruszyłam ramionami.
- Jeśli uważasz, że to mnie rusza, mylisz się. To, czy zarżnęła ich chińska hipochondryczka czy rozjechała ciężarówka, nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia.
Joy skamieniała. Pierwszy raz uchwyciłam na jej twarzy autentyczne zdumienie, które po chwili ukryła za cynicznym uśmiechem.
- Świetnie grasz, wiesz? Na początku wydałaś mi się miękka, lecz teraz widzę, że jednak może kiedyś będą z ciebie ludzie. Ale skończ z tym teatrzykiem, nawet ja mam sentyment do moich rodziców i ich śmierć by mnie zraniła, tak?
Postąpiłam krok w jej kierunku tak, że niemal stykałyśmy się nosami. Z zadowoleniem odnotowałam, że jestem od niej o wiele wyższa, mimo, iż nosi buty na koturnach.
- Nie zrozumiałaś? - wycedziłam - Więc powtórzę jeszcze raz:
Z w i s a  m i  t o !
Joy cofnęła się ze zbolałą miną. Teraz to ja triumfowałam.
Po chwili drętwego milczenia przerwałam ciszę:
- Jaki chcesz klejnot i skąd?
Joy wbiła wzrok w ścianę. Z jakiegoś powodu wydała mi się jakaś... przygaszona.
- To... rubin, który skradłam już kiedyś. Raz. Dawno temu. Przypomina mi... kogoś. - w jej głosie brzmiała melancholia.
- A konkretnie?
- Egipski Rubin Nefretete.
No to mamy robotę.

_______
Przepraszam za króciuteńkie c o ś, ale się spieszę. Nową notkę dodam migiem, obiecuję, że będzie dłuższa. Dedyk dla Gwiazdeczki, Rach i Ravenei - zgodnie z obietnicą. Bonusowo jeszcze dla Kiry <3. I jak zwykle dla mojego Undertakera (wtajemniczony wie, o kogo chodzi) xD
Pozdrowionka :**
J.

czwartek, 5 kwietnia 2012

Kontakt

Z zadowoleniem wgryzłam się w zapiekankę. Roztopiony ser pociekł mi po brodzie, parząc wargi. Otarłam usta dłonią i przełknęłam kęs gorącego, grzybowego farszu. Niebo w gębie.
Jedząc, cały czas szłam naprzód, mimo obolałych stóp i formujących się na nich pęcherzy. Nie miałam najmniejszej ochoty na spotkanie z Joy, ale skoro już wcześniej ustawiłam sobie taki cel, muszę z determinacją wytrwać do końca. Potem dopiero będę mogła pozwolić sobie na prysznic... Oraz leniwe popołudnie z książką w ręku.
Od Break Street dzieliło mnie zaledwie jedno skrzyżowanie. Przy przejściu dla pieszych wyrzuciłam papier po zapiekance do śmietnika i przeszłam przez ulicę, ignorując czerwone światło. Mój szósty zmysł nie wyczuwał żadnych glin na horyzoncie, mogłam więc pozwolić sobie na odrobinę samowoli.
Break Street była wąską uliczką cuchnącą stęchlizną. Był to jeden z mało uczęszczanych zaułków, pełnych śmieci i robactwa. Idealne miejsce dla grzyba.
Idąc wzdłuż brudnych murów i wypatrując numeru 38, co rusz wdeptywałam w stertę odpadków. W pewnej chwili do buta przyczepił mi się spory fragment pleśni. Ze wstrętem strząsnęłam obrzydlistwo z powrotem na ziemię, po czym ruszyłam dalej, starając się możliwie nie patrzeć na ziemię, żeby nie zwrócić zapiekanki.
Nagle wokół mnie pojawiły się rzędy mętnych okien z zaparowanymi szybami. Znikąd pojawiły się wąskie drzwi opatrzone tabliczkami z numerami lokali, jeśli tak można nazwać obskurne nory na tej ulicy.
Zatrzymałam się przed numerem 38. Szybka w okienku była zbita, a tabliczka zwisała smętnie z drzwi, z których łuszczyła się farba.
Porównałam numer mieszkania z tym, który zapisałam długopisem na przedramieniu, i dopiero wtedy nacisnęłam dzwonek. W tym samym momencie poderwałam się, przerażona, ponieważ tuż nad moją głową rozległ się wysoki, rozpaczliwy kobiecy pisk. Czekałam na odgłosy strzałów albo szamotaniny, a nawet przezornie odsunęłam się od okna, gdyby przypadkiem ktoś postanowił z niego wypaść, ale nic się nie wydarzyło. Zamiast tego usłyszałam ciche skrzypnięcie. Dopiero po chwili zorientowałam się, że dźwięk ten wydają drzwi, które powolutku zaczęły się otwierać. Cofnęłam się o krok, zastanawiając się nad wyglądem mojej nowej "sojuszniczki".
Moja psychika zostawiła wystawiona na ciężką próbę.
Spojrzałam w oczy niskiej, baryłowatej kobiecie z polikami buldoga i chytrym, niemal lisim spojrzeniem. Wyglądała jak emerytowana ropucha skrzyżowana z liliputem. Jej wargi rozchyliły się, odsłaniając krzywe, pożółkłe zęby, a na pomarszczonej twarzy pojawiła się dodatkowa sieć zmarszczek.
- Jinx, tak? - zaskrzypiała.
Nie wiedziałam, co odpowiedzieć.
- Jasne - wydusiłam po chwili milczenia, a mój głos wydał mi się czysty i aksamitny w porównaniu z dźwiękiem, który przed chwilą wydała moja towarzyszka.
Stałam, czując się jak ostatnia idiotka, aż w końcu staruszka obróciła się i wskazała mi drzwi.
- Wejdź, mała - skrzeknęła, a ja niechętnie weszłam do mieszkania.
Ku mojemu zdziwieniu, wnętrze było totalnym przeciwieństwem wyglądu z zewnątrz.
Stałam na gładkim, czerwonym dywanie wzbogaconym ornamentami. Z sufitu zwisał żyrandol, a gdzieniegdzie ustawiono lampy, których abażury ozdobiono japońskimi (lub chińskimi, nie mam bladego pojęcia) symbolami. Wszystko aż lśniło czystością i widać było, że dekorator tego wnętrza nie był pozbawiony dobrego smaku.
- Eee... A więc? - rzuciłam w przestrzeń.
Kobieta znów zmarszczyła usta w uśmiechu.
- Joy-chan czeka na ciebie na górze.
Pozostawiła mnie z nieogarniętym wyrazem twarzy i zniknęła w sąsiednim pomieszczeniu.
Joy-chan!?
Uznałam, że góra prawdopodobnie oznacza pokój na wyższym piętrze, odnalazłam więc schody i weszłam po nich, uważając, by nie zaklinować stopy między licznymi szparami pomiędzy deskami.
Był tam tylko jeden pokój. Zza zamkniętych drzwi dochodził czyjś cichy, melodyjny śmiech. Miał on w sobie jakąś obcą nutę, jakby akcent, którego nie potrafiłam zdefiniować.
W tym samym momencie chichot ucichł, jakby zdano sobie sprawę z mojej obecności.
- Wejdź. - odezwał się po chwili  głos, a ja bez wahania wpadłam do środka.
Na obitej czerwienią sofie siedziała najdziwniejsza dziewczyna, jaką kiedykolwiek widziałam. Miała lekko skośne oczy, czarną grzywkę i wysoko upięty kok z wbitym w środek sztyletem. Nosiła coś pomiędzy kostiumem a kimonem, a w talii opasywała ją czarna, połyskująca szarfa ozdobiona kilkoma symbolami w nieznanym mi języku. Fizjonomia dziewczyny przywodziła na myśl beznamiętne spojrzenie węża, a spod czarnych jak heban włosów wyglądały chytre oczy pełne pogardy. Jej dłonie osłaniały czarne rękawiczki nabite ćwiekami.
Moja pierwsza myśl: mam przed sobą płatną zabójczynię.

Dziewczyna odrzuciła do tyłu grzywkę i wybuchnęła tym samym, obcym śmiechem.
- Jinx. Dobrze mówię? - zapytała z wschodnim akcentem, mierząc mnie od stóp do głów ironicznym spojrzeniem.
- Nie znam cię. Nie chodziłaś ze mną do klasy - rzuciłam sucho, wpatrując się w nią badawczo.
Dziewczyna uśmiechnęła się z pobłażaniem.
- No wiesz, szybka to ty nie jesteś. W życiu na oczy nie widziałam szkoły, do której chodziłaś - powiedziała.
Zmarszczyłam brwi.
- No to na co ta cała maskarada? - spytałam. - Po co zawracasz mi głowę, skoro nawet się nie znamy!?
Joy (bo nie miałam wątpliwości, że to była ona) uśmiechnęła się jeszcze szerzej, a jej zęby zalśniły upiornie.
- Mam do ciebie mały interes. Taka sprawa, której nie mogę załatwić osobiście z przyczyn... prywatnych.
Prychnęłam ostentacyjnie.
- A skąd masz mój adres? I dlaczego ja?
- O adres absolwentki Roju nie tak trudno. Zresztą jakiś gość reklamuje cię na wszystkich możliwych stronach w sieci.
- Kto!?
- Mechaspider78, o ile się nie mylę. Po jego wypowiedziach na forum wnioskuję, że to ciężki przypadek świra, ale...
Gizmo. Zatłukę tą wredną larwę.
- Jasne. Nadal nie odpowiedziałaś na drugie pytanie. - mruknęłam.
Joy przeszła przez pokój i stanęła przy mnie.
- Hmm, powiedzmy, że wydałaś mi się odpowiednią kandydatką do tego, o co zamierzam cię poprosić.
Westchnęłam.
- A o co zamierzasz mnie poprosić? Wiesz, nie dysponuję wolnym czasem do tego stopnia, żeby spełniać zachcianki jakiejś japońskiej hrabiny Pompidou.
Najwyraźniej dotknęłam ją do żywego, bo błyskawicznie wysunęła z koka sztylet i sekundę później przyciskała mnie kolanami do ziemi, a zimne ostrze dotykało mojego gardła.
- Przypominam ci, że jeszcze nie wiesz, kim jestem - ostrzegła - A jeśli drugi raz mi podpadniesz, nie dam ci na to szansy.
Kopnęłam ją w brzuch i podniosłam się z ziemi.
- A więc czego chcesz!? - wrzasnęłam. Joy wstała z podłogi z drwiącym uśmieszkiem na wargach.
- Potrzebuję pewnego klejnotu, a tak się składa, że gliny mają mnie na oku od dwóch dni. Otoczyli całą ulicę i jeśli pokażę się na zewnątrz, jak nic złapią mnie i przymkną.
- Dałabyś się złapać? - zachichotałam złośliwie.
Joy błysnęła sztyletem.
- Przyjmijmy, że tak - rzuciłam szybko, wycofując się przezornie w kąt pokoju.
W tym momencie przypomniała m się pewna znacząca kwestia.
- A co za to dostanę? - zapytałam.
Japonka wyszczerzyła zęby i nareszcie zrozumiałam, dlaczego tak błyszczą w słońcu. Były zrobione z metalu.
- Zapłacę ci pieniędzmi, za które zabiłam twoich rodziców.

czwartek, 29 marca 2012

Szpieg

Szkoła. Na sam jej widok dostałam gęsiej skórki. Widok ponurego, obskurnego budynku ze ścianami pomazanymi graffiti obudził we mnie stare wspomnienia, o których wolałabym zapomnieć.
Wysoki płot wyglądający tak nieprzystępnie jak szereg skierowanych w górę czarnych włóczni otaczał budowlę wraz z zeschłym trawnikiem i sterczącym z niego rachitycznym krzakiem. No po prostu sceneria jak z horroru.
Niepewnie popchnęłam przechyloną, zardzewiałą bramę. Zawiasy wydały dramatyczny pisk. Wzdrygnęłam się i przez wąską szparę wślizgnęłam się na teren szkoły, uważając, by nie nastąpić na żadną gałązkę. Szkoła wyglądała na opuszczoną, brakowało tylko okien zabitych deskami. Inna sprawa, że gdy do niej chodziłam, prezentowała się identycznie. 
Przemknęłam przez podjazd i przywarłam do muru po drugiej stronie. Powoli zsunęłam się do przysiadu, po czym zgięta wpół zakradłam się pod rząd okien. Wyprostowałam się nieznacznie, tak, ze moje oczy znalazły się tuż nad parapetem, i wbiłam wzrok w mętną szybę.
Była to jedna z klas. Lekcje jeszcze się nie rozpoczęły, ale ścienny zegar, który wisiał samotnie w kącie wskazywał siódmą dwadzieścia. "Jeszcze trochę, a uczniowie zaczną się schodzić", pomyślałam. Przeniosłam spojrzenie na sąsiednie okno, które było trochę mniejsze od pozostałych. Wystarczył jeden rzut okiem i przekonałam się, że jest to nic innego jak zapomniany składzik na miotły. Całe szczęście, że takie miejsca nie istnieją tylko w książkach o tajnych agentach, inaczej ciężko pracujący przestępca nie miałby gdzie się zaszyć...
Rozejrzałam się wokoło, by sprawdzić, czy na ulicy nie ma nikogo (na przykład starej babci czekającej na autobus), po czym dałam susa pionowo w górę. Odbiłam się nogami od parapetu, a ułamek sekundy później  wyrzuciłam ręce przed siebie i zręcznie złapałam framugę okna powyżej. Szybkim ruchem podciągnęłam się i po chwili stanęłam na dachu budynku. Voila!
Teraz wystarczyło niepostrzeżenie dostać się  do szkoły i odnaleźć gabinet dyrektora, gdzie zapewne przechowywane są wszystkie dokumenty. To nie powinno sprawić żadnych trudności komuś takiemu jak ja. 
Odnalazłam miejsce, pod którym znajdował się składzik i wypaliłam w dachu idealne koło. Podniosłam wycięty fragment niczym klapę i zeskoczyłam w dół, do wnętrza szkoły.
Tam, gdzie wylądowałam, było zupełnie ciemno. Nagle poczułam, jak coś zamyka mnie w miękkim, dusznym uścisku. Zaczęłam się szamotać, próbując uwolnić się od niespodziewanego intruza, aż w końcu zdałam sobie sprawę, że atakuję stary mop i kilka ręczników. Zakłopotana, odepchnęłam wszystko na bok i dopchałam się do drzwiczek schowka. Przyłożyłam do nich ucho i nie zarejestrowawszy żadnego niepokojącego dźwięku,wymknęłam się na korytarz.
Natychmiast w nos uderzył mnie silny zapach środka do froterowania podłóg. Powstrzymałam odruch wymiotny i przyciskając do twarzy rękaw, ruszyłam w kierunku schodów. Moje lekkie kroki odbijały się cichym echem, tak, że szłam z duszą na ramieniu. Z tego, co pamiętałam, gabinet dyrektorki znajdował się na parterze po prawej stronie, i nie myliłam się. Po chwili dotarłam do twardych, dębowych drzwi z mosiężną tabliczką głoszącą  Dyrekcja i Sekretariat.
Nacisnęłam klamkę, ale ta nie ustąpiła. Nie zadziałał również niezawodny numer ze spinką do włosów. Wobec tego cienką niczym laser wiązkę różowego promienia skierowałam do wnętrza zamka. Pobawiłam się chwilę z mechanizmem, aż wreszcie drzwi stanęły otworem. 
Pokój był stosunkowo skromny, jedyne, co rzucało się w oczy, to potężne biurko z ciemnego drewna ustawione pod oknem i rzędy szuflad pod ścianą. Tu z pewnością gromadzono dane.
Podeszłam bliżej i zauważyłam, że na każdej szufladzie widnieje nalepka z kolejną literą alfabetu. Dokumenty segregowano więc  alfabetycznie, a nie według roczników. To utrudniało sprawę, bo nie znałam nazwiska Joy. I co teraz?
Nagle mój wzrok padł na ukrytą w kącie komodę z małym napisem Katalog klas według roczników. 1986-2012.  Bingo!
Po krótkich poszukiwaniach odnalazłam przegródkę z datą 2004-2005, a w niej teczkę klasy 3 C. Mojej klasy.
W środku znajdowało się kilka kartek: osiągnięcia klasy na przestrzeni roku szkolnego, kilka dyplomów poszczególnych uczniów, spis nazwisk oraz zdjęcie klasowe.
Pierwsze, co wpadło mi w ręce, to lista uczniów. W 2004 roku klasa liczyła dziewiętnaście dzieciaków i w trzech czwartych byli to chłopcy. Przewertowałam wzrokiem kilka linijek ( Lesley Johns, Marie Kevin, Samuel Mayer etc.) i w końcu dotarłam do swojego nazwiska (od razu zapowiadam, że go nie poznacie). W tamtych czasach znano mnie pod innym, mniej wyróżniającym się imieniem. Stąd wniosek, że Joy wie o mnie więcej, niż przypuszczałam. W końcu w e-mailu zwróciła się do mnie per "Jinx", a będąc w trzeciej klasie jeszcze nawet nie marzyłam o takim pseudonimie operacyjnym. 
Sprawdziłam już ponad dziesięć nazwisk, ale wśród nich nie znalazłam żadnej Joy, Johanny czy innej Jo-Jo. Kiedy zaczęłam zbliżać się do końca, wpadła mi do głowy myśl, że być może "Joy" również nie jest prawdziwym imieniem. W gruncie rzeczy, kiedy mi się przedstawiała, zależało jej głównie na przekazaniu adresu, w tym przypadku Break Street, jak to tam było, 38. Skąd miała przypuszczać, że postanowię odnaleźć w szkolnym archiwum jej dane sprzed ośmiu lat? 
19. Alice Stanley.
Wsadziłam kartkę z powrotem do teczki i bez przekonania przyjrzałam się zdjęciu klasowemu. Z trudem odnalazłam samą siebie, nie wspominając o jakiejkolwiek znanej mi osobie (inna sprawa, że nikogo nie pamiętałam). Z rozbawieniem spojrzałam na ośmioletnią Jinx.
Miałam okrągłą buzię z pulchnymi, zarumienionymi policzkami, a spod różowej grzywki wyglądały duże, błyszczące badawczo oczka. Wtedy w ogóle nie spinałam włosów, a te, pozbawione kontroli, wręcz stały na mojej głowie. Zanotowałam w duchu, że niesforna czuprynka wygląda słodko.
Pomijając grubasa z aparatem na zębach, reszta dzieci prezentowała się przeciętnie. Zamierzałam odłożyć zdjęcie, ale gdy zauważyłam stojące obok biurka ksero, zmieniłam zdanie. Podeszłam do niego i wydrukowałam czarno-białe kopie wszystkich dokumentów znajdujących się w teczce 3C. Wyjęłam z szuflady pustą teczkę na dokumenty i wsadziłam do niej ciepłe jeszcze kartki, po czym spojrzałam na zegar. Za dwie ósma, pora uciekać. James Bond zdobył tajne akta, teraz nie pozostaje mu nic innego, jak zwijać manatki.
Wzięłam pod pachę teczkę i wyszłam na korytarz. Miałam mały problem, co zrobić z drzwiami, których zamek został przecież uszkodzony. Po chwili namysłu cieniutkim promieniem nadtopiłam wnętrze zamka. To opóźni tego, kto będzie chciał dostać się do środka, i sprawi wrażenie, że zamek się zaciął.
Pobiegłam do schowka na miotły i wspięłam się do otworu w suficie. Kiedy dostałam się na dach, zamknęłam i zamaskowałam wycięty otwór, tak, by nikt nic nie zauważył.
Jeden rzut oka i przekonałam się ,że przed szkoły stoi tłumek czekających  początek lekcji uczniów, pobiegłam więc na tyły budynku i dopiero tam zeskoczyłam na ziemię. Szlag, wylądowałam w ciernistych krzakach.
- CENZURA -
Kiedy wydłubałam kolce z ciała i otrzepałam ubranie (oraz zamaskowałam oczko w rajstopach ciągnące się od pięty aż po łydkę), byłam gotowa do drogi. Postanowiłam po drodze kupić sobie zapiekankę, ale na razie priorytetem było spotkanie z Joy.
Agent 007 gotowy do misji...

______________________
I jak? Notka trochę szpiegowska, ale chyba nie wyszło aż tak źle? (dzisiaj mam przypływ dobrego humoru na wieczór) :)
Dedykacja dla drużyny z My_Savior - wtajemniczeni wiedzą, o kogo chodzi ;)

Ah, i mam do was pytanie - Jakie nadzieje wiążecie z nową postacią? Piszcie, a może wykorzystam wasze sugestie... ^^

J.